Rozdział 7.

Pewnego dnia gdy wyprowadzałam psy na spacer zauważyłam, że gdy Mike karmił króliki, z zamyśleniem wpatrywał się w przestrzeń. Nie byłoby w tym za bardzo nic dziwnego, gdyby nie to, że króliki zaczęły mu uciekać, a on tego nie zauważył. Rozkazałam psom czekać i zawołałam do Mike’a:

-Hej! Panie filozof, a może skupisz się nad naszą rzeczywistością?- Mike, oszołomiony, odzyskał świadomość i natychmiast złapał królika, który na szczęście nie miał w planach uciekać.

-Rose, nie strasz mnie tak bo zawału dostanę!- Roześmiał się po czym dodał.- Za to ty skup się nad psami, jeśli się nie pospieszysz, jeden z nich zaraz urwie Ci smycz!- Powiedział to zbyt późno. Ja, Mike i reszta psów biegliśmy za tym kundlem do samego jeziora!

-Dziwne, zazwyczaj się słuchają. Na wszelki wypadek przypnę je do pnia.- Mike podszedł do pnia i przywiązał psy, po czym wskazał na mały most przy jeziorze.- Chodź odpoczniemy.- Stwierdził Mike.

-Dobra, ale jeśli mnie wrzucisz do wody to będziesz mnie wyławiał, nie umiem pływać.- Odpowiedziałam niepewnie po czym usiadłam obok Mike’a na mostku. Siedzieliśmy w ciszy. Mike patrzył przed siebie jakby chciał coś powiedzieć, obserwowałam go kątem oka, ale udawałam, że wpatruję się w wodę. Nagle:

-Pięknie tu, prawda?- Zapytał mnie Mike.

-Ym… Hm? Ah, tak, pięknie. Żałuję, że nie miałam takich widoków w dzieciństwie. Wtedy wszystko wydawało się takie magiczne, wielkie i fantastyczne.

-Teraz już nie?- Odpowiedział.

-Teraz też, ale gdy jest się starszym, wie się dlaczego to wszystko ma miejsce. Dlaczego liście zielenieją, opadają, dlaczego rozkwitają kwiaty, skąd się bierze całe to piękno, które nas otacza. Wszystko jest zrozumiałe i ma swój powód, wszystko można wytłumaczyć słowami, przedstawić. Nie ma już rzeczy, które są tylko dlatego, że są, i że chcą być. Tego mi brakuje.- Odparłam i wpadłam w zadumę.

-Świadomość.- Dodał Mike.

-Hm?

-Świadomość jest tylko dlatego, że jest. Człowiek wie, że jest istnieniem myślącym i czującym, ale nie wie dlaczego. Dlatego ludzie mają marzenia, aby wiedzieć dlaczego.

Rozdział 6b

Dni mijały. Lipiec się kończył. Od jakiegoś czasu zaczęłam pisać listy do mamy, ale dotychczas  odpowiedziała tylko raz. Napisała, że tęskni i martwi się o mnie, ale nie miała odwagi poprosić mnie o powrót do domu. Czuła się winna mojej ucieczki, choć pisałam jej, że to nie przez nią, a przez ojca, ale ona mnie nie słuchała. Nie wspomniała słowem o tym co się dzieje w domu. Pytałam wiele razy, ale jedyne czego się dowiedziałam, to obietnica, że nie będą się kłócić. Nie jestem tak naiwna i nie pierwszy raz dostaję taką obietnicę. Moja mama dotrzymuje ich jak polityk, ale… Tym razem brzmiało to inaczej, jakby nie była sobą. Może to przez poczucie winy? Boję się o nią przez zdanie, które kończyło list: „Sumienie mnie dusi z rozpaczy, ale nie jestem gotowa, aby znów Cię krzywdzić”. I ten roztrzęsiony podpis. Muszę się z nią jakoś skontaktować. Tylko jak… Internetu tu nie ma, na listy nie odpisuje, zasięgu też się nie da złapać, a jeśli nawet sięgam przebłysków, to i tak nie odbiera. Obawiam się, że jedynym sposobem będzie powrót do domu, ale nie wiem co potem… Zostanę? Wrócę do Myślibórz? Sama nie jestem pewna czy wszystko to co robię w tej chwili jest dobre, czy tylko pogłębia moją sytuację.

Rozdział 6a

- Jestem ciekawa co teraz robi moja rodzina… Może mnie szukają i się o mnie martwią? Albo nawet nie zauważyli, że mnie nie ma i kłócą się bez przerwy. Martwię się o moją mamę, zostawiłam ją sama z ojcem, on może ją skrzywdzić, może… może powinnam wrócić do…
- Przestań się tak zamartwiać.- Przerwał mi spokojnym głosem Mike.- Wszystko będzie dobrze, jeśli chcesz możesz napisać list do swoich rodziców, powiedzieć, że nic ci nie jest lub zapytać się czy u nich wszystko jest dobrze. Oni są dorośli, o nich nie trzeba się zamartwiać. Nie możemy się tak dołować, zmieńmy temat i nie mówmy o tym. Tobie też jest tak zimno? Trochę późno tata napalił w piecu.- Uspokoił mnie, otulając się wełnianym kocem.
- Dobrze… Zamarzam i nie spakowałam żadnej kurtki, ani grubszego okrycia, a myślę, że moja kołdra nie wygrzeje mnie dostatecznie, ale chyba dam sobie radę, a…- W tej chwili Mike okrył mnie swoim kocem.- Oh, dzięki. Nie będzie Ci zimno? Nie chcę, żebyś przeze mnie zachorował.- Powiedziałam i z wdzięcznością uśmiechnęłam się do Mike’a.
- Nie, ubiorę bluzę i wezmę jakiś inny cieńszy koc, nie martw się o mnie.- Oznajmił po czym ziewnął.- Oj, przepraszam.
- Heh, ja chyba też potrzebuję odpoczynku, to był długi dzień… Bardzo. Może pójdźmy już spać, jutro jeszcze porozmawiamy, dobrze?- Zapytałam. Mike równie zmęczony pożegnał się ze mną i wyszedł z salonu. Poszłam do mojego pokoju i położyłam się na łóżku przykrywając się kocem Mike’a. Usnęłam patrząc się na zdjęcie rodzinne.

Rozdział 5

Na obiad Pani Sophie przygotowała nam dwa dania. Były to dania typowo Polskie, widocznie już się przystosowali. Pierwsze danie składało się z rosołu, który według mnie był trochę wodnisty, ale drugie danie nadrobiło swoją ocenę, ponieważ były to przepyszne schaby z ziemniakami, koperkiem i do tego mogłam wybrać sobie sałatkę, a był dosyć duży wybór. Do tego był świeży kompot Pani Yowity- Babci Mike’a. Po popołudniowym odpoczynku Mike zabrał mnie po ogromnej posiadłości jego rodziny. Mieli tam już wspomnianą stajnię, dwie stodoły, wielkie pola, wybiegi, przecudny ogród z jabłonkami, gruszami, śliwami oraz owocowymi krzakami. Nie zabrakło również mnóstwa kwiatów. Był to po prostu ogród, z którego można było wyżywić rodzinę. Za domem było również miejsce kurnika i bud dla psów, klatek na gołębie oraz te mniejsze, na króliki. Czułam się jak w zoo, a za razem jak i na jakiejś fabrycznej farmie. Tam wszystko było hurtowo. Aż przyszedł czas na zacisze. Gdy Mike mi o tym powiedział, brzmiało świetnie, a było jeszcze lepsze. Fontanna, drzewa, ławki… Zero szumu ulicy, zero wrzasków. Usiedliśmy z Mike’iem na ławeczce i słuchaliśmy śpiewu ptaków. Mike przysunął się do mnie, nie zareagowałam, byłam ciekawa co chce zrobić. Nie musiałam długo czekać, położył rękę na moim ramieniu, siedzieliśmy tak przez następne 10 minut, aż w końcu:
- Wiesz… To dziwne uczucie, ledwo Cię poznałem i tak się… Bo to takie…
- Wiem, też Cię lubię- Przerwałam i patrząc na Mike’a uśmiechnęłam się. Mike też na mnie spojrzał i dokończył.
- Rose, czy miałaś… Czy czułaś kiedyś, że coś chcesz zrobić, ale boisz się reakcji innych?- Niepewnym głosem zapytał się Mike.
- Wiele razy, ale nie warto się martwić o opinię innych, ważne jest to czego ty pragniesz.- Odpowiedziałam spokojnie. Po czym Mike spojrzał się w niebo i zaczął nad czymś myśleć. W pewnym momencie chciał coś powiedzieć, już otwierał usta, ale z powrotem poddał się rozmyślaniom. Wstałam i podałam rękę Mike’owi, a on dopiero po chwili zauważył, że się bardzo zachmurzyło.
- No chodź, zaraz będzie burza!- Ze strachem krzyknęłam.
- Oj, no racja, zbierajmy się.- Ledwo zdążyliśmy wejść do domu i na dworze rozpętało się prawdziwe piekło. Deszcz padał tak głośno, że wszystko było słychać nawet w piwnicy. Po zjedzeniu kolacji wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Prócz mnie, ja siedziałam w salonie i patrzyłam na krople deszczu spływające bo szybie. Po chwili dołączył do mnie Mike.
- O, tutaj jesteś, co robisz?- Zamykając za sobą drzwi zapytał.
- Wspominam.- Odpowiedziałam…

Rozdział 4b

- Teraz będzie problem z odprowadzeniem Simon’a do boksu, strasznie nie lubi wchodzić do stajni, a wręcz nienawidzi.- Oznajmił Max, po czym złapał uciekającego od nas Simon’a.
– Mogę spróbować? Może mnie się uda, w końcu ja nigdy tego nie próbowałam i mi zaufa.- Z nadzieją w głosie odpowiedziałam.
– Dobrze, ale nie licz na cuda. Pomogę Ci go przytrzymać, jest bardzo silny.- W tym momencie złapałam Simon’a za lejce i pogłaskałam, koń spojrzał się na mnie i poczułam, że już się uspokoił. Tak więc zaczęłam go prowadzić wzdłuż stajni, a Max zszokowany szedł tuż za nami. Nie mógł uwierzyć, że nastolatka w przeciągu kilku sekund ujarzmiła konia, z którym nikt nie potrafił sobie poradzić.
– Już prawie jesteśmy przy wejściu, dobrze nam idzie Simon.- Cicho powiedziałam do konia. Ale to nie był koniec. Tuż po tym gdy zobaczył bramę stajni zaczął bić kopytami w ziemię i wycofywał się za mnie, jakby się czegoś bał. Max podszedł do mnie i z rozczarowaniem wytłumaczył mi, że koń ma jakąś traumę związaną z bramami stajni, wydało mi się to trochę dziwne, ale najwyraźniej coś musiało się tutaj stać.
– Może zastawimy bramy sianem i spróbujemy jeszcze raz?- Spytałam patrząc na stogi siana stojące koło budynku. Max się zgodził, a więc Simon został na wybiegu, a my zaczęliśmy zasłaniać wejście. Podczas sprzątania narzędzi Max odsunął się od stajni, aby mógł obejrzeć jak to wygląda.
– Wiesz co? Wygląda to lepiej niż było. Zakryliśmy najstarszą część stajni i teraz wygląda to bardzo klimatycznie. Szkoda, że będzie trzeba to zdjąć.- Powiedział po czym odwrócił się w stronę wybiegu dla koni. Przyszliśmy z Simonem pod stajnię i zadziałało. Koń spokojnie wszedł do środka, a Mike zdjąwszy z niego siodło powiedział:
– No, jestem pod wrażeniem. Ledwo przyjechałaś i już takie rzeczy robisz. Dobrze, teraz idziemy do domu bo za 10 minut będzie obiad.
– Oh, faktycznie. Myślałam, że więcej czasu nam to wszystko zajęło, ale to dobrze, ponieważ zdążę jeszcze coś zrobić…- Ze zmęczeniem odpowiedziałam.