Rozdział 7.

Pewnego dnia gdy wyprowadzałam psy na spacer zauważyłam, że gdy Mike karmił króliki, z zamyśleniem wpatrywał się w przestrzeń. Nie byłoby w tym za bardzo nic dziwnego, gdyby nie to, że króliki zaczęły mu uciekać, a on tego nie zauważył. Rozkazałam psom czekać i zawołałam do Mike’a:

-Hej! Panie filozof, a może skupisz się nad naszą rzeczywistością?- Mike, oszołomiony, odzyskał świadomość i natychmiast złapał królika, który na szczęście nie miał w planach uciekać.

-Rose, nie strasz mnie tak bo zawału dostanę!- Roześmiał się po czym dodał.- Za to ty skup się nad psami, jeśli się nie pospieszysz, jeden z nich zaraz urwie Ci smycz!- Powiedział to zbyt późno. Ja, Mike i reszta psów biegliśmy za tym kundlem do samego jeziora!

-Dziwne, zazwyczaj się słuchają. Na wszelki wypadek przypnę je do pnia.- Mike podszedł do pnia i przywiązał psy, po czym wskazał na mały most przy jeziorze.- Chodź odpoczniemy.- Stwierdził Mike.

-Dobra, ale jeśli mnie wrzucisz do wody to będziesz mnie wyławiał, nie umiem pływać.- Odpowiedziałam niepewnie po czym usiadłam obok Mike’a na mostku. Siedzieliśmy w ciszy. Mike patrzył przed siebie jakby chciał coś powiedzieć, obserwowałam go kątem oka, ale udawałam, że wpatruję się w wodę. Nagle:

-Pięknie tu, prawda?- Zapytał mnie Mike.

-Ym… Hm? Ah, tak, pięknie. Żałuję, że nie miałam takich widoków w dzieciństwie. Wtedy wszystko wydawało się takie magiczne, wielkie i fantastyczne.

-Teraz już nie?- Odpowiedział.

-Teraz też, ale gdy jest się starszym, wie się dlaczego to wszystko ma miejsce. Dlaczego liście zielenieją, opadają, dlaczego rozkwitają kwiaty, skąd się bierze całe to piękno, które nas otacza. Wszystko jest zrozumiałe i ma swój powód, wszystko można wytłumaczyć słowami, przedstawić. Nie ma już rzeczy, które są tylko dlatego, że są, i że chcą być. Tego mi brakuje.- Odparłam i wpadłam w zadumę.

-Świadomość.- Dodał Mike.

-Hm?

-Świadomość jest tylko dlatego, że jest. Człowiek wie, że jest istnieniem myślącym i czującym, ale nie wie dlaczego. Dlatego ludzie mają marzenia, aby wiedzieć dlaczego.

Rozdział 6b

Dni mijały. Lipiec się kończył. Od jakiegoś czasu zaczęłam pisać listy do mamy, ale dotychczas  odpowiedziała tylko raz. Napisała, że tęskni i martwi się o mnie, ale nie miała odwagi poprosić mnie o powrót do domu. Czuła się winna mojej ucieczki, choć pisałam jej, że to nie przez nią, a przez ojca, ale ona mnie nie słuchała. Nie wspomniała słowem o tym co się dzieje w domu. Pytałam wiele razy, ale jedyne czego się dowiedziałam, to obietnica, że nie będą się kłócić. Nie jestem tak naiwna i nie pierwszy raz dostaję taką obietnicę. Moja mama dotrzymuje ich jak polityk, ale… Tym razem brzmiało to inaczej, jakby nie była sobą. Może to przez poczucie winy? Boję się o nią przez zdanie, które kończyło list: „Sumienie mnie dusi z rozpaczy, ale nie jestem gotowa, aby znów Cię krzywdzić”. I ten roztrzęsiony podpis. Muszę się z nią jakoś skontaktować. Tylko jak… Internetu tu nie ma, na listy nie odpisuje, zasięgu też się nie da złapać, a jeśli nawet sięgam przebłysków, to i tak nie odbiera. Obawiam się, że jedynym sposobem będzie powrót do domu, ale nie wiem co potem… Zostanę? Wrócę do Myślibórz? Sama nie jestem pewna czy wszystko to co robię w tej chwili jest dobre, czy tylko pogłębia moją sytuację.

Rozdział 6a

- Jestem ciekawa co teraz robi moja rodzina… Może mnie szukają i się o mnie martwią? Albo nawet nie zauważyli, że mnie nie ma i kłócą się bez przerwy. Martwię się o moją mamę, zostawiłam ją sama z ojcem, on może ją skrzywdzić, może… może powinnam wrócić do…
- Przestań się tak zamartwiać.- Przerwał mi spokojnym głosem Mike.- Wszystko będzie dobrze, jeśli chcesz możesz napisać list do swoich rodziców, powiedzieć, że nic ci nie jest lub zapytać się czy u nich wszystko jest dobrze. Oni są dorośli, o nich nie trzeba się zamartwiać. Nie możemy się tak dołować, zmieńmy temat i nie mówmy o tym. Tobie też jest tak zimno? Trochę późno tata napalił w piecu.- Uspokoił mnie, otulając się wełnianym kocem.
- Dobrze… Zamarzam i nie spakowałam żadnej kurtki, ani grubszego okrycia, a myślę, że moja kołdra nie wygrzeje mnie dostatecznie, ale chyba dam sobie radę, a…- W tej chwili Mike okrył mnie swoim kocem.- Oh, dzięki. Nie będzie Ci zimno? Nie chcę, żebyś przeze mnie zachorował.- Powiedziałam i z wdzięcznością uśmiechnęłam się do Mike’a.
- Nie, ubiorę bluzę i wezmę jakiś inny cieńszy koc, nie martw się o mnie.- Oznajmił po czym ziewnął.- Oj, przepraszam.
- Heh, ja chyba też potrzebuję odpoczynku, to był długi dzień… Bardzo. Może pójdźmy już spać, jutro jeszcze porozmawiamy, dobrze?- Zapytałam. Mike równie zmęczony pożegnał się ze mną i wyszedł z salonu. Poszłam do mojego pokoju i położyłam się na łóżku przykrywając się kocem Mike’a. Usnęłam patrząc się na zdjęcie rodzinne.

Rozdział 5

Na obiad Pani Sophie przygotowała nam dwa dania. Były to dania typowo Polskie, widocznie już się przystosowali. Pierwsze danie składało się z rosołu, który według mnie był trochę wodnisty, ale drugie danie nadrobiło swoją ocenę, ponieważ były to przepyszne schaby z ziemniakami, koperkiem i do tego mogłam wybrać sobie sałatkę, a był dosyć duży wybór. Do tego był świeży kompot Pani Yowity- Babci Mike’a. Po popołudniowym odpoczynku Mike zabrał mnie po ogromnej posiadłości jego rodziny. Mieli tam już wspomnianą stajnię, dwie stodoły, wielkie pola, wybiegi, przecudny ogród z jabłonkami, gruszami, śliwami oraz owocowymi krzakami. Nie zabrakło również mnóstwa kwiatów. Był to po prostu ogród, z którego można było wyżywić rodzinę. Za domem było również miejsce kurnika i bud dla psów, klatek na gołębie oraz te mniejsze, na króliki. Czułam się jak w zoo, a za razem jak i na jakiejś fabrycznej farmie. Tam wszystko było hurtowo. Aż przyszedł czas na zacisze. Gdy Mike mi o tym powiedział, brzmiało świetnie, a było jeszcze lepsze. Fontanna, drzewa, ławki… Zero szumu ulicy, zero wrzasków. Usiedliśmy z Mike’iem na ławeczce i słuchaliśmy śpiewu ptaków. Mike przysunął się do mnie, nie zareagowałam, byłam ciekawa co chce zrobić. Nie musiałam długo czekać, położył rękę na moim ramieniu, siedzieliśmy tak przez następne 10 minut, aż w końcu:
- Wiesz… To dziwne uczucie, ledwo Cię poznałem i tak się… Bo to takie…
- Wiem, też Cię lubię- Przerwałam i patrząc na Mike’a uśmiechnęłam się. Mike też na mnie spojrzał i dokończył.
- Rose, czy miałaś… Czy czułaś kiedyś, że coś chcesz zrobić, ale boisz się reakcji innych?- Niepewnym głosem zapytał się Mike.
- Wiele razy, ale nie warto się martwić o opinię innych, ważne jest to czego ty pragniesz.- Odpowiedziałam spokojnie. Po czym Mike spojrzał się w niebo i zaczął nad czymś myśleć. W pewnym momencie chciał coś powiedzieć, już otwierał usta, ale z powrotem poddał się rozmyślaniom. Wstałam i podałam rękę Mike’owi, a on dopiero po chwili zauważył, że się bardzo zachmurzyło.
- No chodź, zaraz będzie burza!- Ze strachem krzyknęłam.
- Oj, no racja, zbierajmy się.- Ledwo zdążyliśmy wejść do domu i na dworze rozpętało się prawdziwe piekło. Deszcz padał tak głośno, że wszystko było słychać nawet w piwnicy. Po zjedzeniu kolacji wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Prócz mnie, ja siedziałam w salonie i patrzyłam na krople deszczu spływające bo szybie. Po chwili dołączył do mnie Mike.
- O, tutaj jesteś, co robisz?- Zamykając za sobą drzwi zapytał.
- Wspominam.- Odpowiedziałam…

Rozdział 4b

- Teraz będzie problem z odprowadzeniem Simon’a do boksu, strasznie nie lubi wchodzić do stajni, a wręcz nienawidzi.- Oznajmił Max, po czym złapał uciekającego od nas Simon’a.
– Mogę spróbować? Może mnie się uda, w końcu ja nigdy tego nie próbowałam i mi zaufa.- Z nadzieją w głosie odpowiedziałam.
– Dobrze, ale nie licz na cuda. Pomogę Ci go przytrzymać, jest bardzo silny.- W tym momencie złapałam Simon’a za lejce i pogłaskałam, koń spojrzał się na mnie i poczułam, że już się uspokoił. Tak więc zaczęłam go prowadzić wzdłuż stajni, a Max zszokowany szedł tuż za nami. Nie mógł uwierzyć, że nastolatka w przeciągu kilku sekund ujarzmiła konia, z którym nikt nie potrafił sobie poradzić.
– Już prawie jesteśmy przy wejściu, dobrze nam idzie Simon.- Cicho powiedziałam do konia. Ale to nie był koniec. Tuż po tym gdy zobaczył bramę stajni zaczął bić kopytami w ziemię i wycofywał się za mnie, jakby się czegoś bał. Max podszedł do mnie i z rozczarowaniem wytłumaczył mi, że koń ma jakąś traumę związaną z bramami stajni, wydało mi się to trochę dziwne, ale najwyraźniej coś musiało się tutaj stać.
– Może zastawimy bramy sianem i spróbujemy jeszcze raz?- Spytałam patrząc na stogi siana stojące koło budynku. Max się zgodził, a więc Simon został na wybiegu, a my zaczęliśmy zasłaniać wejście. Podczas sprzątania narzędzi Max odsunął się od stajni, aby mógł obejrzeć jak to wygląda.
– Wiesz co? Wygląda to lepiej niż było. Zakryliśmy najstarszą część stajni i teraz wygląda to bardzo klimatycznie. Szkoda, że będzie trzeba to zdjąć.- Powiedział po czym odwrócił się w stronę wybiegu dla koni. Przyszliśmy z Simonem pod stajnię i zadziałało. Koń spokojnie wszedł do środka, a Mike zdjąwszy z niego siodło powiedział:
– No, jestem pod wrażeniem. Ledwo przyjechałaś i już takie rzeczy robisz. Dobrze, teraz idziemy do domu bo za 10 minut będzie obiad.
– Oh, faktycznie. Myślałam, że więcej czasu nam to wszystko zajęło, ale to dobrze, ponieważ zdążę jeszcze coś zrobić…- Ze zmęczeniem odpowiedziałam.

Rozdział 4a.

Simon stawiał się trochę , ale w końcu dał się osiodłać, a ja mogłam się na nim przejechać. Bałam się przeokropnie. Przełamałam lęki i przy pomocy Mike’a weszłam na grzbiet tego jakże pięknego konia. Myślałam, że wszystko będzie dobrze, ale gdy tylko o tym pomyślałam zostałam zrzucona na ziemię. Jedyne co ucierpiało to moja duma… no i trochę pośladki. Chciałam wejść jeszcze raz choć Max mi to szczerze odradzał. Miał rację. Gdy tylko usiadłam w siodle Simon pognał przed siebie zostawiając za sobą zdyszanego Mike’a i jego ojca. Wpadłam w panikę, zaczęłam piszczeć i krzyczeć.
-Stop! Zatrzymaj się!! Prr!! Kurczę! Jak to się zatrzymuje!?- Wykrzyczałam. Zrobiłam chyba to prosto w ucho konia, ponieważ ten zarżał i zaczął biegać w około stajni, jakby coś go goniło. Bo goniło. Był to zdyszany Max. Biegł tak powoli, że ja razem z Simon’em dogoniliśmy go z drugiej strony. Wtem Mike zatrzymał konia, a ja mogłam wreszcie zsiąść z Simon’a.
-A nie mówiłem? Ha! Ale się przejechałaś na tym swoim koniku młoda Panno!- Ze śmiechem dogryzł mi Max. Ja już nic nie powiedziałam. Tylko ciągle bolały mnie pośladki.

Rozdział 3.

- Rose! Wstawaj! Czemu tak długo śpisz? Jak się ubierzesz to zejdź na śniadanie.- Zawołał Mike zza drzwi.

- Oh, no dobrze. Już wstaję, ale jeszcze muszę się odświeżyć.- Odpowiedziałam zrezygnowanym głosem, po czym zaczęłam się ubierać, wyjęłam kosmetyki  i popryskałam się jakimś spray’em na komary oraz jakimś tanim dezodorantem. Nie było nawet czasu na prysznic. Wyszłam z mojego pokoju i… nie wiedziałam gdzie iść.

-Mike? Halo? Jest to kto? Mike?- Zawołałam chichocząc pod nosem. Okazało się, że stałam zaraz obok drzwi od kuchni. Mike zaprosił mnie do już przygotowanego stołu z przeróżnymi kanapkami. Były z serem białym, z serem żółtym, twarogiem, szynką, a pasztetami, konserwami i z wieloma innymi składnikami, których już nie mogłam rozpoznać.

- Ja nie zjem wszystkiego, musiałabym mieć kilka żołądków.- Siadając do stołu oznajmiłam żartobliwie. Po czym weszła rodzina Mike’a. Podczas śniadania dowiedziałam kto jest kim i co powinien robić. Na pierwszy ogień poszła jego Matka Sophia, która ogółem była taką kurą domową, potem Ojciec Max, bardzo towarzyski człowiek-zarabiał na życie, swoje i swojej rodziny, następnie Dziadek Gregory- Opiekował się zwierzętami rolnymi, ale i tak często siedział w domu bo był bardzo chorowity, później Babcia Yowita – Opiekowała się chorym dziadziusiem, szyła na drutach przeróżne szaliki i sweterki, i przede wszystkim piekła przecudne babeczki, po za tym był jeszcze 24 letni brat Mike’a czyli James, który pracował w polu, albo pomagał swojemu najmłodszemu 15-letniemu bratu Rafael’owi w opiekowaniu się zwierzętami rolnymi pod nieobecności dziadka. Została już tylko 16 letnia siostra  Mike’a- Elizabeth, opiekująca się zwierzątkami domowymi takimi jak koty czy psy, hodowała nawet 3 króliki i swojego małego chomika-Bruno. Tylko jeden sam Mike miał pomagać wszystkim. Jeden dzień u mamy, jeden u taty i tak dalej, i tak dalej. Śmialiśmy się, że nie musi się bać, że popadnie w rutynę, ale Mike’owi nie było aż tak do śmiechu, no w końcu miał sporo na głowie. I jeszcze ta stadnina koni, którą prowadził wraz ze swoją siostrą. Uwielbiam konie, a więc oznajmiłam mu, że pomogę w stajni w zamian za to, że będę mogła jeździć na każdym koniu jaki tylko będzie osiodłany na tej posiadłości. Po śniadaniu bardzo chciałam zobaczyć konie. I zobaczyłam. Każdy z nich był naprawdę prześliczny, ale tak naprawdę zakochałam się tylko w Simon’ie. Kolor jego sierści była śniada a ogon wraz z grzywą śnieżnie biała. Nie można zapomnieć, że miał swego rodzaju białe skarpetki nad kopytami oraz słodką plamkę na czole w kształcie serca. Bez wahania zapytałam Mike’a stojącego w wejściu do stajni.

- Czy jest osiodłany? Jeżeli nie to ja do osiodłam! Chcę się na nim przejechać! Już!- Wykrzyknęłam z ekscytacją.

- Niestety Simon jest jeszcze nieosiodłany i bardzo nie chce być, strasznie wierzga.- Odparł Mike odsuwając mnie od boksu Simona.

- Ja się nie boję! Osiodłam go! Biorę za siebie pełną odpowiedzialność… No chyba, że będzie chciał mnie podeptać…- Odkrzyknęłam tak głośno, że konie aż się wystraszyły. Mike tylko przytaknął i poszedł po Max’a, aby pomógł nam z nałożeniem siodła na Simon’a. Gdy wrócili z odpowiednim dla mnie i dla konia siodłem i weszli do boksu zatrzymałam oddech.

- Oby się udało…- Powiedziałam do siebie z nadzieją.

Rozdział 2.

- Tak, ale powiedz mi, jak ty się tu znalazłeś? W Polsce w mieście Myślibórz? Ja musiałam się przeprowadzić do Polski, ponieważ mój ojciec tu pracuje. Choć podobno tu w Polsce jest takie bezrobocie… – Zapytałam Mike’a.

- Oh, to jest proste. Ja i także moja najbliższa rodzina była już przemęczona całym tym hałasem w Anglii,a więc postanowiliśmy przeprowadzić się gdzieś w zupełnie inne miejsce. Na początku planowaliśmy przyjazd do Niemiec, ale cała rodzina upierała się, aby pojechać gdzieś zupełnie indziej, a więc przeprowadziliśmy się gdzieś dalej, gdzieś na wieś, gdzie można oddychać świeżym powietrzem…

- No chyba raczej krowimi plackami! – Przerywając Mike’owi zaśmiałam się, ale on już nic nie powiedział. W tym samym momencie wstaliśmy i Mike zaprowadził mnie do swojego domu i pokazał mi mój „nowy” pokój. Troszkę mnie zdziwił jego wygląd. Nierówne ściany, drewniana podłoga cała w drzazgach, ramy okien były drewniane, a biała farba, którą były pomalowane odchodziła płatami, nie mówiąc już o starych okiennicach. Łóżko, było jeszcze nie pościelone i widać było na czym będzie się spało… Jejku od samego widoku krzyż już mnie bolał. Reszta mebli była już… jakby to… „przeciętna”, oczywiście jak na takie gospodarstwo.

- Przepraszam, że taki syf, no ale nie można dużo wymagać od gospodarstwa w Myśliborzu.- Powiedział żartobliwie Mike.-Postaw tu gdzieś swoje rzeczy, a ja cię oprowadzę. – Powiedział wyciągając do mnie swą dłoń.

- Wiesz? Jestem trochę zmęczona po podróży, a po za tym jest już troszkę późno. Może jutro? – Niepewnie odmówiłam.

-No tak, mogłem się tego domyśleć. – Odparł, po czym wyszedł z pokoju. Gdy się rozpakowywałam zauważyłam, że wzięłam moje rodzinne zdjęcie. Po co mi było ono?Czy nie miałam wziąć tylko rzeczy „pierwszej potrzeby”? Miałam, ale i tak nie wiem co mnie tchnęło do zabrania tej podobno rodzinnej pamiątki, no ale skoro już to miałam to postawiłam je na swojej szafce nocnej, ale po pewnym czasie już nie mogłam patrzeć na to zdjęcie z tego powodu iż był na nim mój ojciec, a więc wyjęłam szybko nożyczki z mojej apteczki i wycięłam tatę z fotografii. Nie znoszę go, ponieważ to przez niego wybuchały te wszystkie kłótnie i mama bez przerwy płakała z jego powodu. Zdarzyło się nawet raz, że ją uderzył. Wyrzuciła go z domu i wydawało się wtedy, że będzie już spokój, ale on po kilku dniach i tak wrócił, a mama go przyjęła pod swój dach. Byłam wtedy bardzo zła na matkę, ponieważ nie wiedziałam co ją skłoniło aby wpuścić do swojego domu takiego drania i dziwię się, że jeszcze nie wzięli rozwodu.

-Ojej, już późno. Zamyśliłam się troszkę. Skoro już wszystko rozpakowałam to tylko zjem coś słodkiego i pójdę spać.- Powiedziałam szukając jakiegoś batonika w mojej szafce. Poszłam spać i choć łóżko było okropnie niewygodne to sen nie był wcale aż taki zły. Obudziłam się bardzo wcześnie bo było to około 6 nad ranem,a 6 rano w wakacje to dla mnie prawie jak noc i gdy otworzyłam oczy to właściwie byłam jeszcze nieprzytomna i tak jakby lunatykowałam. Powoli wstałam z łóżka i zanim całkiem się wyprostowałam poczułam okropny ból w plecach. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że ktoś puka do drzwi i woła mnie zza nich. Był to Mike. Co on chce tak wcześnie rano?

Rozdział 1.

„To był burzowy i bardzo chłodny dzień, a ja siedziałam przed komputerem ze słuchawkami w uszach i próbowałam ignorować głośną kłótnie moich rodziców, w pewnym sensie było wszystko jak należy, ale to zdarzało się coraz częściej. Wreszcie, gdy wrzawa ustała, do mojego pokoju z impetem wparował mój ojciec, a kilka kroków za nim moja matka.

- Rose, wyjeżdżamy! – wrzasnął tata pakując pośpiesznie moje ubrania.

- O nie mój kolego, ona zostaje ze mną!!- odpowiedziała mama ze zdenerwowaniem.

- Co?! To chyba ja mam tu najważniejsze zdanie! Nigdzie nie jadę, zostaję tu, a tak w ogóle to wyjdźcie z mojego pokoju!!!- wykrzyknęłam z pogardą wskazując palcem drzwi. Gdy wyszli zamknęłam pokój, a potem zaczęłam pakować resztę moich ubrań. Tak, planowałam uciec z domu… Tyle, że to nie miała być normalna ucieczka… Chciałam uciec do innego miasta, województwa, kraju. Im dalej tym lepiej. Mieszkałam w Warszawie, a więc miałam tak jakby najlepiej, ponieważ byłam w centrum Polski. Jedyny problem był w tym, że pochodzę z Anglii, ale wracając do ucieczki… Przed tym wpakowałam do kieszeni wszystkie moje oszczędności, a było tego 136 dolarów. Gdybym wiedziała wcześniej o ucieczce, zapewne nie wydawałabym tyle pieniędzy na kosmetyki, i nie kupiłabym tej nowej komórki. No, ale cóż. Później, spakowałam do pudełka śniadaniowego słodycze, które chowałam od kilku dni. Gdy miałam już wszystko co było mi naprawdę potrzebne, ukradkiem wyskoczyłam przez jedno z okien w moim pokoju.
-Oh, jak dobrze, że mam pokój na parterze. -Szepnęłam sama, do siebie po czym ciągnąc za sobą walizkę obeszłam dookoła mój dom i dalej doszłam na najbliższy przystanek autobusowy, śpieszyłam się, a więc wsiadłam do pierwszego, który przyjechał. Okazało się, że był to idealny autobus dla mnie. Jechał na przystanek koło stacji metra, niestety było to jeszcze w Warszawie. Miałam jeszcze długą podróż przed sobą. Nie traciłam czasu i kupiłam bilet na najbliższy pociąg, a był to pociąg do Myśliborz. Nie kojarzyłam tego miasta i szczerze powiedziawszy nie miałam pojęcia gdzie się ono znajduje, ale i tak chciałam tam pojechać, ponieważ chciałam być jak najdalej rodziców. Gdy po kilkunastu minutach czekania nadjechał mój pociąg, kamień spadł mi z serca. Wsiadłam i usiadłam gdziekolwiek było wolne miejsce, a było ich sporo. Zaniepokoiło mnie to chociasz sama wtedy nie wiedziałam dlaczego. Podczas podróży rozmyślałam nad tym jak ja przeżyje w nowym mieście. No w końcu nie znam tam nikogo… jedyne co mi przychodziło do głowy to to, że będę musiała się zdać na łaskę mieszkańców. Podróż była trochę długa i było mi trochę niewygodnie z tymi torbami z moim rzeczami „pierwszej potrzeby”. Gdy pociąg dojechał na miejsce szybko wstałam, ale… szybko też usiadłam.
- Ałć! Moje nogi. Prawie ich nie czuję! -Powiedziałam do siebie. Było głośno więc i tak nikt tego chyba nie słyszał. Ślamazarnie zebrałam wszystkie moje rzeczy i wyszłam z pociągu. Gdy nagle uderzyłam jakiegoś przechodzącego koło mnie chłopaka w ramię i upuściłam jedną z moich reklamówek co spowodowało, że cała jej zawartość wypadła prosto na beton…
-Ojej, ojej! Przepraszam! Nic Ci się nie stało? Ojej, jeszcze raz przepraszam. Pomogę Ci pozbierać to wszystko.-Z przerażeniem powiedział młody mężczyzna zbierając moją nieszczęsną, plastikową torebkę.
-Nic się nie stało to moja wina. Rose jestem, a ty?- Zuprzejmością odpowiedziałam podając mu rękę…
-Mike miło mi…”

-No, i tak się tu znalazłam.- Powiedziałam z uśmiechem kończąc retrospekcję.
-Czyli nie masz schronienia na najbliższe… na zawsze?- Spytał mnie Mike. Trochę się już poznaliśmy więc nie dziwne, że ten jakże przystojny i fajny facet spytał się o to akurat mnie! … No w sumie nie było w okolicy bezdomnej Angielki w moim wieku, ale zawsze można pomarzyć.